Rozdział 6

Piciorys

Do alkoholu mam stosunek ambiwalentny… Sporo się zmieniło na przestrzeni życia. Porzuciłem dawny entuzjazm na rzecz zdrowego sceptycyzmu. Oczywiście pamiętam kto był przy mnie we wszystkich trudnych chwilach mojego życia, i jestem wdzięczny za to że nie czułem się wtedy samotny. Pozwalał mi uwolnić skrywane głęboko żale, przeżyć znów i znów traumy z dzieciństwa, utrwalić w sobie gniew i poczucie straty . Nawiązać szereg bezcennych przyjaźni, … naprawdę lista zasług jest spora. W młodości wszyscy moi idole pili. Jezus zamienił wodę w wino , czyli skoczył po jeszcze. Żeby nie zabrakło… Hłasko, Stachura…. rozwijali wrażliwość swych dusz za pomocą szklanki bimbru. Rysiek Ridel śpiewał ” whyskey moja żono” (przyznam że sam na jakiś czas trwałem w takim związku). Wcześniej rewolucja kulturowa z przełomu XIX/XX wieku oparła się o absynt, który w owych czasach miał również działanie psychodeliczne , z uwagi na zawarty w nim piołun…..Biznesmeni, fachowcy, artyści… wszyscy bez wyjątku pili. kto nie pił ten donosił,,,, ze mną sie nie napijesz….picie było tak powszechne jak jedzenie czy oddychanie.

Tatuś zabrał mnie kiedyś mnie kiedyś do knajpy. miałem 9 lat. knajpa Halinka w Małomicach. Mordownia lat 80tych, owiana kłębami dymu i lokalnymi tajemnicami. Mamusia właśnie spakowała sukienki i braciszka, i udała się do swojej mamusi na czas nieokreślony. ojciec postanowił więc, że skoro zostaliśmy sami, to natychmiast muszę dorosnąć. Podzielił gotówkę na pół, i nim zniknął na tydzień albo dwa, zabrał mnie do owej świątyni rozpaczy i radości. Zamówił nam po 50gr dżinu. to była jedyna butelka na tej części regału. Utrzymanie się na hokerze było nie lada wyzwaniem, takie Małomickie rodeo. Był to czas wielkich emocjonalnych rozterek…. Jak się robi zupę? Czy na zawsze będę już sierotą? Mamusia nie okazywała mi zbyt wiele miłości, ale jej całkowity brak, to już była gruba przesada…. tak czy inaczej , poczułem się wtedy dorosły. Potem nie piłem zbyt wiele. Czasem zdarzały się sytuacje mocno alkoholowe. Wypijałem wtedy szklankę na raz, czasem dwie…. koniecznie bez popijania, jako ostateczny dowód na moją siłę i odwagę. Spotykało się to z powszechną akceptacją, więc bezrefleksyjnie oddawałem się alkoholowym uciechom. Czasem tylko, w gronie bliskich przyjaciół, lub samotnie, pękało mi serce. na kawałeczki. Tysiące noży poupychanych w każdym zakamarku ciała. W ogólnym rozrachunku, wtedy miałem poczucie sprawowania całkowitej kontroli nad nałogiem i swoją psychiką. Rano trzeźwiałem, najczęściej bez kaca, i dalej realizowałem swoje obowiązki. Moje nierozwiązane problemy, frustracje, stres, zakończyły się rozwodem. nie wiązałem tego wtedy z alkoholem. Faktycznie alkohol nie był przyczyną problemów, on je tylko utrwalał i zahamował mój rozwój osobisty. Z jednej strony dawał ulgę, a po cichu zabierał prowizję od tych radosnych chwilówek. Nie było szans na inny scenariusz. Nie miałem pojęcia że można inaczej. Na dodatek, ja sam uważałem się za człowieka który sporo wie o życiu. Owszem, były porażki, ale też i spore sukcesy. byłem zbyt zarozumiały na to, żeby krytycznie przyjrzeć się sobie z boku.

Kolejny etap mojego życia, to była emigracja…. jeśli czujesz się czasem samotny, to wyjedź za granicę. tam to proste uczucie z niewielkiego kamyka pod stopami, który utrudnia czasem wędrówkę, urasta do rangi ośmiotysięcznika. tam nie ma tlenu. jako obywatel trzeciej kategorii masz nikłe szanse na bratnią duszę. Do tego Polacy, jako społeczność, pokazują się z jak najgorszej strony. Samotność w tym wymiarze, bardzo sprzyja rozpamiętywaniu wszelkich błędów z przeszłości. W tej kwestii, rozumiem nieco ideę więziennictwa…. Tam doznanie takich emocji jest karą za wcześniejsze przewinienia. Na emigracji sami nakładamy sobie taką karę. Na szczęście poprawia się nasz status finansowy, stać nas więc na więcej, w tym na to najwspanialsze lekarstwo na samotność…. bo, jak śpiewał Ridel, najgorzej w życiu to samotnym być…

Dodaj komentarz