rozdział 1

jak odkryłem że życie jest fajne

Właśnie skończyłem 40 lat. Moja ówczesna żona, uciekła po burzliwym związku. szkoda wielka bo wiązałem z nią ogromne nadzieje. Pogrążyłem się wtedy w bezgranicznej rozpaczy. Miejsce żony zajęła dobra whyski. Już wcześniej mieliśmy się ku sobie, ale teraz poszliśmy na całość. Jedynie pracy nie zawalałem. Kurczowo trzymałem się jedynej stałej, jaką znałem. Chudłem w tempie które dziś zapewnia jedynie ozempic lub dieta keto. (20 kg w dwa miesiące) Szef fabryki w której pracowałem zabrał mnie do prywatnego szpitala w Chelmsford… Dali mi jakieś prochy, i codziennie sprawdzali czy nie zakończyłem swojej egzystencji. Mi też to wtedy chodziło po głowie. Zwieńczenie czterdziestu lat udręki… zawsze śmiałem się , że kradnę szczęśliwe chwile. I to był fakt… nigdy nie byłem szczęśliwy. Kompulsywnie przeżywałem radosne chwile, jakby istniały w całkowitym oderwaniu od mojej rzeczywistości. Gdzieś głęboko wierzyłem że szczęśliwy to będę w raju, nie teraz. Teraz jestem zbyt niewystarczający…. Tego żalu było ciut za dużo i zwyczajnie popaliło bezpieczniki. Na całe dla mnie szczęście, miałem w sobie na tyle dużo adrenaliny, żeby stwierdzić, że skoro kończę tą ponurą egzystencję, to wypada to zrobić w sposób nieco bardziej spektakularny, a już na pewno spełnić przedtem jakieś marzenie… Lista marzeń nie była długa. Zorganizować dziką orgię w oparciu o egzotyczne dziewczyny, jakaś afroazjatka, i takie tam… Lub opcja nr 2, zobaczyć zorzę polarną… w owym czasie całkowicie straciłem entuzjazm do kobiet… był koniec lutego. kupiłem więc namiot [ten co na zdjęciu] i bilet do słonecznego Tromso… za lotniskiem , jest taki piękny most. stamtąd skręciłem w prawo, i dalej prosto aż do miejsca gdzie morze Norweskie przechodzi w morze Barentsa. Miałem na sobie dwa plecaki, w sumie 55 kg wagi. w drugim dniu tej wędrówki, przechodziłem obok niewielkiej przystani. Dwa stare kutry rybackie, jeden z nich stał w wielkiej szopie, był w trakcie remontu. drugi przycumowany kołysał się na wodzie przy niewielkim molo. Przy brzegu pasł się spokojnie renifer. Usiadłem na wielkim kamieniu. po raz pierwszy od bardzo dawna, coś naprawdę mnie zachwyciło. nagle usłyszałem za sobą „hello”… za mną stał typowy wiking. 180 wzrostu, wyprostowany, siwa broda, włosy spięte w kitę, około 70 lat….ale mógł mieć i więcej. wyglądał max 50… zapytał grzecznie co robię na jego ziemi…odparłem, że wędruje na północ …. to może zajdziesz do mojego domu, moja żona zrobiła pyszne naleśniki, opowiesz skąd jesteś. no jasne!!!! … Iva była wysoka i promienna, paradowała po domu w mini i kozakach. faktycznie była zgrabna. ale przede wszystkim uśmiechnięta. nie narzucała się, jednak zawsze była pod ręką gdyby zabrakło powideł lub gdyby trzeba było dosmażyć naleśników. Przed Johanem leżały krzyżówki, przesunął je odrobinę robiąc miejsce przy stole. Przez okno było widać jego przystań i ośnieżoną wyspę po drugiej stronie fiordu. – idziesz na północ? na pewno wiesz ze tam nie ma już nic? – tak… chcę zobaczyć zorzę…. – wilki, niedźwiedzie, góry… to wszystko tez możesz tam zobaczyć – tak, ale po to właśnie idę – jeśli wrócisz, zajdź do nas. chciałbym usłyszeć co tam znajdziesz. Pożartowaliśmy chwilę….Johan w młodości był kapitanem . Potem poznał swoją żonę więc osiadł w rodzinnym domu i pływał kutrami, łowił ryby i sprzedawał je w Thromso. Zazdrościłem mu faktu, że można zaszyć się na dalekiej północy z własną żoną i zachować pogodę ducha i energię. Pożegnaliśmy się czule i ruszyłem dalej. Samotna wędrówka często przebiega wg pewnego schematu. Z jednej strony, natłok myśli… problemy, frustracje, to wszystko co zagłusza cię na co dzień… One potrzebują nawet kilku dni, żeby przestać zagłuszać to co w nas cenne. Nasze własne myśli. Z drugiej strony, ogromny wysiłek który każe koncentrować się na prostych sprawach. Na krokach, oddychaniu, korekcie azymutu. Lęk który towarzyszy kiedy zasypiasz na otwartej , nieznanej przestrzeni… nowe odgłosy… wycie wilków, szum wiatru lub chlupot wody w fiordzie miesza się z zachwytem nad nowym krajobrazem, lub szczegółem w okolicznej przyrodzie. To ambiwalentne uczucie jest wciągające samo w sobie….Każdy kolejny krok jest sam w sobie uzdrawiającą medytacją. Po około trzech dniach, adaptujesz się. Oddech synchronizuje się z krokami . Wędrówka przestaje być tak ciężka, myśli czyszczą się, stają się jednorodne, precyzyjne. Zaczynasz odzyskiwać nad nimi kontrolę. Życie upraszcza się, problemy wg stopnia ważności przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Po kilku dniach, problemem jest pozyskanie litra wody pitnej. Jest to jedynym problemem. Istotnym, bo bez tej wody nie pociągniesz długo. Natomiast zbawiennym jest, że jeśli doprowadzisz do sytuacji w której musisz się wysilić walcząc o egzystencję, to zaczynasz odczuwać wdzięczność za ten litr wody. Sam nie wiesz jak to się dzieje, ale dziękujesz za życie. Tu już nie ma mowy o samobójstwie. Rany na nadgarstkach nie zdążyły się jeszcze wygoić, a ja cieszyłem się łykiem wody. To niezapomniane uczucie….. Krajobraz na północy nie jest zbyt urozmaicony, jest piękny w swojej prostocie. absolutnie wyjątkowy, ale niezwykle prosty. nie rozkojarza zbytnio. Ta koncentracja na oddechu sprzyja zestrojeniu się z otoczeniem. to strasznie ważne. Bardzo ułatwia to przeżycie. Akurat na tej wyprawie nie było groźnych sytuacji, ale później ratowało mi dupę. To kolejna korzyść…. poczucie , że wszystko co cię otacza, jest częścią ciebie. Nie jest twoim wrogiem. mróz, deszcz, wiatr czy zwierzęta…. jesteś integralną częścią otaczającego cię piękna. Jesteście z tej samej energii, wtedy zamiast z tym walczyć, możesz się tym wzmacniać. To niezwykłe uczucie.

Po tygodniu, rozbiłem namiot na niezwykle urokliwej miejscówce. Gumowa mata dmuchana rozszczelniła się, dni były jak na tej fotce. Noce bajeczne i zimne, gwiazdy na wyciągnięcie ręki. W normalnych warunkach widzisz od kilkuset do tysiąca gwiazd…. tam jest ich widocznych minimum 10 tys. w każdym razie do tylu się doliczyłem :}…. Pewnej nocy na niebie zobaczyłem dziwny łuk. Rozciągał się poprzez całe niebo. Po chwili, zaczął się rozwiewać jego fragmenty zaczęły tańczyć na niebie, przybierać przeróżne kształty i kolory. to była zorza polarna. faktycznie warto było iść taki kawał. Ustawiłem aparat na stojaku i rozpoczęła się jedna z najpiękniejszych sesji jaką przeżyłem. Spędziłem tak ze dwie godziny. Odmroziłem twarz i ręce, .. było dość rześko. Zimą musi być zimno, jak to mówią. Następnego dnia, po depresji nie było śladu. Poziom endorfin, dopaminy i adrenaliny i wszystkich innych substancji był niezwykle wysoki. Wtedy właśnie zrobiłem sobie to zdjęcie z początku rozdziału. Wracając i przez kolejny rok, byłem królem życia. nie potrzebowałem już ani alkoholu ani byłej żony. W dwa tygodnie przeprowadziłem terapię która normalnie zajmuje rok i dłużej. Zacząłem znowu jeździć w góry , poznawać masę nowych ludzi, bawiłem się życiem bo je pokochałem. Pozostała mi pamięć o tej butelce wody wytopionej z śniegu. Moje małrzeństwo nie miało prawa się udać. Nie da się być szczęśliwym dzięki komuś. Druga osoba może stanowić doskonałe wsparcie, to fakt. ale poczucie szczęścia wynika wyłącznie z poczucia własnej siły. Z poczucia harmonii wewnątrz i na zewnątrz. W moim przypadku , przełomem okazało się spełnienie marzenia. Oczywiście potem musiałem jeszcze wiele w sobie zmienić, mnóstwo naprawić. W ogóle zrozumieć że takie zmiany są potrzebne. Ale wtedy poczułem że życie jest piękne. Jest też pełne gównianych chwil, to fakt niezaprzeczalny. Ale w przerwach między tym dziadostwem, da się urwać coś fajnego. Tylko od ciebie to zależy. W drodze powrotnej odwiedziłem Johana. Zdziwił się moim widokiem, chyba spodziewał się że moje ciało znajdą na wiosnę. Jednak ucieszył się niezmiernie Podrzucił mnie samochodem w stronę Thromso . Przedstawił mnie swojemu kumplowi. Ten pozwolił mi przenocować w swoim samijskim tipi. Hodował renifery pod miastem, i stanowił atrakcję turystyczną dla rządnych dzikiej przygody starych Niemców. Był całkiem spoko. poczęstował gulaszem z renifera robionym na ognisku. W samym mieście okazało się że mogę do domu wrócić za dwa dni. Znalazłem więc najtańszy hostel. Był nabity ludźmi. Z całego świata zjechali się łowcy przygód. wszyscy chcieli zobaczyć zorzę. Kiedy wszedłem tam z moimi plecakami, z przemrożoną twarzą, śmierdzący do bólu. (mycie śniegiem przy mocno minusowych temperaturach jest mocno nieskuteczne), wzbudziłem ogólną ciekawość. Faktycznie wyglądałem i czułem się jak bym był z innej bajki. Wizyta pod prysznicem miała dwa aspekty…. płakałem ze szczęścia i z bólu (odmrożona twarz). Jako jedyny w hostelu posiadałem zdjęcia zorzy więc każdy chciał je zobaczyć. wiele znajomości z tamtego wieczoru przetrwało lata….pozdrawiam mis lutego Carolinę i jej towarzysza Carlosa 🙂 i to tak w dużym skrócie kończy się ta przygoda…..

Dodaj komentarz